Zakładki:
Eldrianne (C)
all rights reserved ![]() MÓJ E-MAIL: eldrianne@o2.pl
Bywam/bywałam
Czytam
Nie bądź obojętny
Odrobina pozytywnej myśli
![]() Wszystkie zdjęcia i obrazki na blogu należą do ich autorów.
|
wtorek, 13 marca 2012
Tańcem, tańcem będę mówić
Od jakiegoś już czasu próbowałam zebrać się do ubrania Zmiany w słowa; od jakiegoś też już czasu nie wiem jak - bo przekreśla ona wszystko, co zdarzyło się dotychczas. ... A może nie przekreśla. Może tylko wzbogaca. Może właśnie o to chodzi, że ktoś wreszcie przebił się przez grubą warstwę styropianu dookoła mojego 'istnieję', stawiając na głowie dotychczasowy sposób patrzenia na świat, ludzi, życie. Myślę, że wynika to z faktu, że za długo brałam 'nogi' za 'głowę'. Bo z całą pewnością mojej duszy mogę stwierdzić, że teraz jest tak, jak powinno być. Jestem silna; jestem mocna w sobie, jestem spokojna. Czuję siebie; słyszę wszechświat, który szepcze. Jestem. Z dużej litery. Wiem, że przez to wszystko, i przez całą tego widzianą Waszymi oczami otoczkę przestałam pasować na półkę, którą zarezerwowaliście dla mnie w swoim życiu; i że nie mieści się to Wam w głowach. Pewnie, że się nie mieści; bo trudno zmieścić Wolność w głowie. Trudno zmieścić to, że Wszechświatowi mówię 'tak'. I że będę o moje 'tak' walczyć. Nie powiem Wam więcej o niektórych sprawach, bo szkoda trwonić słów; i tak się nie dogadamy. Trzeba by zniszczyć parę murów, rozwalić w strzępy parę schematów. A to jest niestety tutaj nieosiągalne, i było mi przez to całkiem gorzko - ale minęło. Doesn't matter. Są ważniejsze rzeczy. Pozwólcie mi być szczęśliwą. Pozwólcie mi zacząć istnieć po swojemu; nareszcie po swojemu. Just let it be, bez pochopnych ocen i krzyków. I chociaż nie wiem, co będziecie o mnie tak naprawdę myśleć, i wciąż nie wiem, co będzie dalej, dokąd pójdę; wiem, że w ciągu minionych dni zobaczyłam Słońce i siłę płynącą z siebie - 'siebie' jaką mogę Być. Ja, wojownik, będę tego bronić z całych sił; bo stracić to - znaczy obumrzeć. ------ Nie wiem, czy jeszcze napiszę, nie wiem, czy będą potrzebne tu słowa. Nie wiem, czy będziecie chcieli te słowa usłyszeć, bez zamykania ich we własnym murze. I nie myślcie, że piszę to z żalu, ze złości, czy innego negatywnego uczucia. Nie. Już nie.
Póki co wolę Być niż bywać tu, w ciemności, pod ścianą zielonego niezrozumienia i bezlitosnego meiner mainung nach.
środa, 29 lutego 2012
Zmiana.
Można by gadać dużo, całym mnóstwem słów, muzyki, i czegoś jeszcze. Ale na razie nie potrafię. Może jeszcze dojrzeję. Myślę, że tak. Our greatest fear is not that we are inadequate,
but that we are powerful beyond measure. It is our light, not our darkness, that frightenes us. We ask ourselves, Who am I to be brilliant, gorgeous, handsome, talented and fabulous? Actually, who are you not to be? You are a child of God. Your playing small does not serve the world. There is nothing enlighted about shrinking so that other people won't feel insecure around you. We were born to make manifest the glory of God within us. It is not just in some; it is in everyone. And, as we let our own light shine, we consciously give other people permission to do the same. And we are liberated from our fear, our presence automatically liberates others.
niedziela, 05 lutego 2012
cofnąć taśmę
Jestem sobą, jestem nim. Jesteśmy, ale jestem sobą, przede wszystkim sobą, będę tego broniła, póki będę mogła. (...) COFNĄĆ TAŚMĘ. (...) Jestem sobą, jestem nim. A w rzeczywistości, czym jestem - nędzną podróbką Faulknera. Starałam się być silna. Starałam się nie patrzeć w Pustkę, skupiając się na rzeczach istniejących; rzeczach, które w danej chwili liczą się najbardziej. Magicznie sloganowe Tu i Teraz w rzeczywistości, która niekoniecznie składa się z celowości i szczęściodążenia, ale może po prostu oddychania, metabolizmu, odwrotnej osmozy. Jakże łatwo obudzić rezonans w tej całej otaczającej nas, bezpiecznie wygodnej iluzji. Wróciłam do domu, i okazało się, że dana chwila wciąż oscyluje wokół wciąż tej samej zagubionej prostej błędu. Diagnoza: zmoknięta dusza. Znów. Czyli nic się nie zmieniło. Patrzę Stąd na rzeczywistość jakby z zupełnie innego punktu widzenia; dotykając koniuszkami palców głęboko wrośniętych w tapetę korzeni własnej, zmaterializowanej myśli filozoficznej. Ja. Myśl. Bałagan. Cudzymi oczami próbuję znaleźć drogę, bo teoretycznie Tu wszystko robi się inaczej; ale odnajduję tylko znajome, donikąd prowadzące tęsknoty i totalny bezsens Działania. Niezależnie od krzywizny lustra i trzech pierwszych współrzędnych tej przestrzeni, to ciągle jestem ja, która przed nim stoję, w nieubłaganej funkcji współrzędnej czwartej. Może powinnam się temu oprzeć; odrzucić od siebie proroctwo autowyroczni i zwyczajnego katastrofizmu codziennego; ale nie potrafię. Kot przemókł do suchej nitki i rozdzierająco miauczy. Opanowała mnie Droga do perfekcjonizmu. Położyłam się na samym jej środku, zmęczona wypatrywaniem w oddali jakiegoś innego spotkania, i mam ochotę po prostu zasnąć, zabić Świadomość, matkę-winowajczynię; i może w ramach otrzymywania z góry mniej wyboistych dróg nigdy się już nie obudzić. A zamiast tego płaczę w ciemności własnych powiek i słucham padającego na mnie śniegu. Można to uznać za epitafium do tak bardzo martwej już chwili, kiedy wszystko po prostu przepływało obok mnie, pozwalając nie ogarniać do woli w anarchistycznym wyzwoleniu od myślenia i pogrążaniu się w nadziei. Teraz mój świat opanował mróz i Tęsknota; z rzadka materializująca się i boleśnie kłująca w kącikach oczu, kiedy patrzę za długo w lustro. Idąc zaśnieżoną ulicą w ciemną noc i w samobójczo-ikarowskich odruchach słuchając wciąż nowych historii o miłości, której nigdy nie zaznam, tylko trochę czuję się jak w nieudolnej podróbie filmów Woody'ego. Niemal odruchowo już buduję relacje z nieistniejącymi ludźmi w naszych urojonych przyszłościach mojej głowy; tylko po to, żeby zaśmiać się, obliczając prawdopodobieństwa i nie zwariować do reszty w porze późnowieczornej herbaty po ciemku. I niezależnie jak wielu z Was przepływa obok mnie; w ostatecznym rozrachunku chwil milczenia-zanim-zasnę jestem tylko ja i moja płonność wszystkiego, co kiedykolwiek mi się zapragnęło. I choć nie ma w tym ani krzty istnienia, wszystko to staje się jak gdyby mimodefinicyjnie. Boli, tak cholernie boli. Może właśnie tak ma być? Może niezliczone działania w przestrzeni liczb urojonych to jedyne, co moja chora głowa jest w stanie ogarnąć? Pewnie tak. Przecież nawet Hipotetyczny był w stanie tego dowieść poprzez prosty eksperyment na ludziach, pociągach i długich nocnych rozmowach. I choć to wszystko wiem, i choć sama już nie mogę znieść mojego topienia smutków w słowach, i choć przecież mantrycznie powtarzam sobie, że it's not a big deal, z uporem maniaka i jakby poza świadomością, odmawiam pełnego zaakceptowania wyroku, chowając się za zardzewiałym cynizmem szarego Miasta Sukcesu. Moje jestestwo spada na łeb, na szyję, w zapamiętaniu próbując dogonić moją świetlają przyszłość i życiowe puzzle, z których za dużo już pogubiłam, by kiedykolwiek zbudować z nich imponujący obraz do powieszenia na wspólnej ścianie. Chciał uznać się za nieodwracalnie spodlonego swoim odkryciem, ale przeszkadzało mu lekkie uczucie satysfakcji, gdzieś w okolicach żołądka, ten koci wyraz zadowolenia, który daje ciało, kiedy się śmieje z niepokojów duszy i wygodnie usadawia między żebrami, brzuchem i podeszwami nóg. Kłopot w tym, że w gruncie rzeczy był dość zadowolony z tego, że tak się czuł, że nie zawrócił i ciągle jeszcze szedł naprzód, choć nie wiedział dokąd. Gdzieś wyżej, ponad zadowoleniem, paliła go rozpacz nad tym, co raz na zawsze zrozumiał, płacz z powodu czegoś, co chciało wrosnąć w niego, a co to wegetatywne zadowolenie ślamazarnie odpychało, trzymało na odległość. Chwilami, niby świadek, Oliveira asystował owej dwutorowości, nie chcąc brać udziału, cynicznie bezstronny. /wszystko Cortazar, Gra w Klasy, 47 i 48/ Wiem, czego bym chciała, tyle, że to nie istnieje, a już z pewnością nie dla mnie.
sobota, 28 stycznia 2012
żart, życie żart
Bez konkretnego powodu, bez jakichkolwiek objawów wstępnych, nagle zaczęłam się czuć jak dziecko, któremu pokazano cukierka tylko po to, żeby go schować z powrotem do kieszeni. Mam ochotę się rozpłakać, choć nie stało się nic istotnego, co można by opisać w skończonym przedziale czasowym. Choć nie stało się nic, co nie byłoby moim życiem od zawsze. Jestem zła na wszystko i wszystkich. Zła, że mieli lepiej ode mnie; że przeżyli więcej niż zaledwie eksperyment myślowy lub senną symulację; że jestem przy nich jak naiwny przedszkolak, który o życiu faktycznie nie wie nic. I oczywiście, że protekcjonalność wyczuwalna w powietrzu to tylko moje złudzenia; przyzwyczaiłam się już do zamieszania w mojej głowie. Zła jestem mimo wszystko. Mieliście w zasięgu ręki to, co ja mogę sobie co najwyżej roić w kolejce do kasy sklepowej, parku czy w środku jednego z wielu samotnych wieczorów; wszystkie niepisane mi pocałunki i namiastkę perfekcji na swoją własną skalę w niepisanych ramionach, gdzie ja mogę co najwyżej przytulić się do ciepłego kubka po herbacie. To, że nie mam ramion, wynika oczywiście z odstawania Realis od moich wyśnionych miłości; ale nie można po prostu ścisnąć serce w dłoni i zakochać się na zawołanie. Zakochać się w ogóle. Jestem pierońsko zazdrosna - i jednocześnie totalnie bezsilna; bo jaki mam wpływ na to, co się zdarza dookoła mnie? Mogę machać rękami, młócić wodę i wmawiać sobie, że od tego roku się zmienię, że będzie lepiej; ale to nic nie daje. W ostatecznym rozrachunku moja zmiana niewiele obchodzi wszechświat. Jestem na siebie wściekła o swoją tępotę i beztalencie, kiedy wszyscy dookoła walczą o stypendia i poszerzają horyzonty, a ja nie potrafię zrozumieć układy stabilizującego. I nieważne, co mi powtarza Pani Nielogika; teoretycznie rozumiem, i to wszystko dostarcza mi tylko nowych frustracji, ale tak bardzo chciałabym zachować resztki godności i z moim antytalenciem do tworzenia rzeczy pięknych i równego pokrojenia cebuli - przynajmniej ogarniać kabelki. Tymczasem wszystkie dziedziny życia pozostają dla mnie zagadką, którą w zachłanności pochłaniania rozmieniam na wiele drobnych "potem". A to wszystko przenosi się na resztę życia. Jestem zła, że ktoś za długo siedzi w łazience, że znowu spalił jedzenie i jest za głośno, kiedy nie trzeba. Że w ogóle jest, kiedy mogłabym go zabić, żeby tylko nie był, a potem uschnąć z samotności, która drąży moje żyły już od zbyt dawna. Nie mogę znaleźć spokoju w mieszkaniu, nie wiem, gdzie go szukać poza nim. Czekam, aż zamarznę, błąkając się po ulicach Miasta, lecz na przekór samej sobie nie zamarzam, zimnym przeciągiem wyganiając tylko z siebie ostatnie resztki pozytywizmu. Rozpaczliwie próbuję uciszyć wichurę w duszy za pomocą znajomego, uspokajającego trzasku migawki; ale i to nie pomaga, będąc zaledwie dokumentacją chaosu, który nie znika. W samodestrukcyjnych nastrojach zastanawiam się, jak długo to wszystko jeszcze potrwa. Przecież ja kompletnie nie mam sensu. Bezsens nie może stać się czyimś całym światem; a tym bardziej z wzajemnością. Co więcej - bezsens tego po prostu nie potrafi. Cóż po mnie bezdusznej muzyce? ![]()
poniedziałek, 23 stycznia 2012
hipotetycznie. kosmos
Nowe spotkania, zostawiając po sobie zaledwie cień niesmaku, niespodziewanie przywiewają na powierzchnię serca dawno znajome Twarze. Z totalnego kosmosu, bez logicznie wytłumaczalnej przyczyny. Wydawało mi się, że po tamtej październikowej nocy między odjazdami, przyjazdami i kilometrami rozmów została mi tylko nowa perspektywa, szerszy horyzont i zupełnie nowy, własny wiatr; wychodzi jednak na to, że ciągle stoję w końskich szerokościach, pozwalając losowym obrazom bezczelnie przewijać się po niebie, jakby należało do nich. Ale niebo nie należy do nikogo, bo nikt nie jest w stanie mu sprostać, poza kilkoma bardzo odległymi snami pełnymi snującej się mgły i cichego cienia bliskości. Więc skąd w tym wszystkim nagle i niespodziewanie pojawił się Hipotetyczny? Przecież to wszystko - cała przyspieszona historia niebyłego romansu - przyszła i minęła, gdzieś między Fabryką a Koncepcją. Tak wiele zostało powiedziane, że można powiedzieć, że wszystko; nie ma nawet miejsca na żadne 'ale'; bo po prostu na to nie zasługuję. I je ne regrette rien; zresztą próba zmiany zakończenia byłaby niewłaściwa. Bo przecież nie tak pisał George. No to o co mi chodzi? Jestem tak bardzo zgubiona w tym rozedrganym śnie szalonego naukowca, który empirycznie próbuje zbadać Nieprzewidywalniość, że nie mam już pojęcia, co myśleć i jak myśleć; wiem tylko, że nawet gdyby zmienić rzeczywistość, nie ma żadnej gwarancji, że byłabym szczęśliwa. Za głęboko w tym wszystkim zakorzeniona jest chroniczna dyssatysfakcja i paraliżujący perfekcjonizm. Bo przecież nie ma Możliwości i Szans, a idealne warunki doświadczeń nie istnieją; jest tylko parę bardzo długich rozmów i jedna piosenka Beatlesów. I ja. Ja, ja, ja. Mam czasem wrażenie, że cały ten mój skrawkowy szum klawiatury to po prostu jedno wielkie patetyczne epitafium; bo przecież sama siebie spisałam już na straty. Przetrwać w ramach szczęścia mimo wszystko. kiedyś. może.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Nothingness, emptyness
Ponieważ ciężko mi już wygrzebać się spod stosu przetworników, sygnałów, widm i wzmacniaczy, jaki mnie przysypał wraz ze styczniowym śniegiem - siedzę sobie w ciemności podwiedzy i myślę. Było tak dobrze, tak pozytywnie, że aż sama stałam się jednym wielkim zdziwieniem. Bo coś jeszcze może być inaczej. Ale wszystko w końcu spotyka swój koniec; nagłe zaprzeczenie, zwątpienie na całej szerokości pasma. Między jednym krokiem a drugim; rozpamiętywanym słowem Szalonej Dziewczyny a próbą wyobrażenia sobie, co jest za horyzontem znaku mniejsze lub równe, dochodzę do ściany. Tak jakby nagle ktoś odnalazł dowód obalający możliwość Czegokolwiek. I nie chodzi o to, co mówicie, bo ja to wszystko wiem; wiem aż za dobrze, i dlatego tak uważnie patrzę pod nogi. Stądcała moja logika zaprzeczeń; która, choć nie chcecie przyznać, działa całkiem skutecznie w unikaniu niepotrzebnych rozczarowań. Po prostu. Patrzę w lustro i widzę człowieka niezdolnego do interakcji; do patrzenia na szczęście bez nieprzekraczalnej barierki i znaku "nie dotykać". Przestaję wierzyć, że mogę osiągnąć to szczególne, rozpamiętywane Cokolwiek; że jest ktoś, kto potrafiłby tak po prostu rozebrać mur, cegła po cegle i dobrać się do miękkiej tkanki, nie niszcząć jej doszczętnie. Wszechświat w mojej głowie odstaje od tego, co jest naprawdę. Może po prostu nie wszystko jest każdemu pisane. Może to jedyny sposób na uchronienie bijącego w piersiach Wirydażu - który może nie jest najpiękniejszy, ale jest bezpieczny, jedyny, samostworzony; dokładanymi wciąż dźwiękami, słowami, wszystkim, co piękne potrafię schować w pamięci; z ciepłą korą Ideału pośrodku i posadzonymi tu i tam filmami Woody'ego Allena. Względnie nienaruszony, względnie nietykalny. Właściwie nie do patrzenia, i nie do dotykania; w panicznym lęku przed trzecią zasadą dynamiki Newtona. Może za dziesięć lat wypiję herbatę, pogłaszczę psa po głowie i będę szczęśliwa. Może. Póki co jestem jak zmącona kałuża; zbyt niepewna siebie, by poradzić sobie z przychodzącym do mnie ułamkiem świata, którym, głupia, nie potrafię się po prostu cieszyć; za bardzo przerażona, za bardzo zamknięta w swoich utartych scenariuszach - w których przecież nie występuje wyciągnięta ku mnie, tak bardzo przecząca logice, ręka. Te ręce rozkminiam od dobrego tygodnia, dochodząc do jedynych logicznych, irrealistycznie wyzwalających wniosków, które nie prowadzą do nikąd. I wmawiam sobie, że być może to jest właśnie maksimum moich możliwości, może właśnie to mam zapamiętać i zamienić na jednostki urojone, które mogłyby siedzieć w moim ogrodzie już na zawsze; ale jakoś ciężko mi w tym wszystkim odnaleźć choć skrawek radosnego bezzwątpieniowego oczekiwania na wszystkie wizje równoległych wszechświatów. Bo co mi po równoległych, skoro w tym konkretnym, czterowymiarowym tutaj jedyny punkt, jaki widzę, to powolne, stygnące zwątpienie. Po prostu bywa gorzej.
Etap nauki do sesji pt. "skończę w rynsztoku". chciałabym być ładna jak obrazki na moim blogu. jak zwykle, dramat dramat dramat. can't help.
piątek, 13 stycznia 2012
Dwadzieścia osiem
" - Zostaw poezję na inny raz. Zgoda, nie należy ufać słowom, ale w rzeczywistości słowa następują po faktach, na przykład po tym, że zgromadziliśmy się tutaj dziś wieczór, że siedzimy koło lampy (...). Bez słów wiem i czuję, że jestem tu dziś w nocy - upierał się Ronald. - To właśnie nazywam rzeczywistością. - Znakomicie - odezwał się Oliveira. - Tylko że tak rzeczywistość nie jest żadną gwarancją ani dla ciebie, ani dla nikogo innego, o ile nie przetworzysz jej w pojęcie, a stąd w jakąś konwencję, w jakiś użyteczny schemat. Sam fakt, że znajdujesz się po mojej lewej stronie, ja zaś po twojej prawej, już robi z tej rzeczywistości co najmniej dwie różne rzeczywistości, przy czym zauważ, że nie chcę wnikać w sedno sprawy, wykazując, że ja i ty jesteśmy dwiema istotami absolutnie pozbawionymi innego ośrodka porozumiewania się niż uczucia i słowa, którym przecież nie należy wierzyć, jeżeli mówi się serio o tym wszystkim. - Ale obaj jesteśmy tutaj - nalegał Ronald. - Na lewo czy na prawo - to obojętne. Obaj widzimy Babs, wszyscy słyszą to, co mówię. - Ale to są, bracie, przykłady dla chłopaczków w krótkich majtkach - zafrasował się Gregorovius. - Horacio ma rację. Nie możesz, ot tak sobie, uznać czegoś za rzeczywistość. Możesz jedynie twierdzić, że istniejesz. To trudno byłoby zanegować bez wywoływania awantury. Brak nam "ergo"; to, co następuje po "ergo", jest oczywiste. (...) - Ty uważasz, że istnieje określona rzeczywistość, ponieważ obaj rozmawiamy w tym pokoju i tego wieczoru, i ponieważ obaj wiemy, że mniej więcej za odzinę nastąpi w tym pokoju coś określonego. To wszystko - wydaje mi się - daje ci wielką pewność ontologiczną. Czujesz się pewny siebie, pewnie umieszczony w tym, co cię otacza. Ale gdybyś równocześnie mógł asystować tej rzeczywistości z mojej pozycji albo z pozycji Babs, gdyby ci był dany taki wyjątkowy dar, rozumiesz mnie, że mógłbyś być teraz i tutaj, ale z mojej pozycji, będąc tym wszystkim czym jestem i czym byłem ja, a także czym jest i czym była Babs, może byś zrozumiał, że twój tani egocentryzm nie daje ci żadnej właściwej rzeczywistości. Daje ci tylko opartą na strachu wiarę, konieczność afirmacji tego, co cię otacza, aby nie wpaść w lej i nie wylecieć jego drugim końcem nie wiadomo dokąd. - Jesteśmy bardzo różni - powiedział Ronald - ja to przecież wiem. Ale spotykamy się w jakiś punktach leżących poza nami. Obaj patrzymy na lampę, może widzimy co innego, ale nie możemy być pewni, że widzimy co innego. No bo przecież jest tu ta lampa, do wszystkich diabłów! (...) - Ma się uczucie - mówił Oliveira - chodzenia po starych śladach. Jesteśmy uczniakami powtarzającymi zleżałe, nieciekawe argumenty. A wszystko to, mój drogi, dlatego, że rozmawiamy dialektycznie. Mówimy: ty, ja, lampa, rzeczywistość. Cofnij się o krok, no cofnij się, to nie tak trudno. Słowa znikają. Ta lampa staje się zmysłowym bodźcem, niczym więcej. I jeszcze krok w tył. To, co nazywasz wzrokiem, i ten bodziec zmysłowy, popadają w jakiś niewytłumaczalny związek, niewytłumaczalny, bo żeby go wytłumaczyć, trzeba by z kolei dać krok naprzód i wszystko poszłoby w czorty. - Ale te kroki wstecz są jakby cofaniem sie po drodze już przebytej przez rodzaj ludzki - zaprotestował Gregorovius. - Tak - przyznał Oliveira. - I jeszcze jeden problem: wiedzieć, czy to, co nazywasz "rodzajem ludzkim", poszło naprzód, czy też, jak twierdzi chyba Klages, zeszło na manowce? - Bez umiejętności mówienia człowiek nie istnieje. Bez historii człowiek nie istnieje. - Bez zbrodni nie istnieje zbrodniarz. Nic nie dowodzi, że człowiek nie mógł być zupełnie inny... - No, to nie najgorzej nam poszło. - Jakie masz porównanie, żeby twierdzić, że poszło nam dobrze? Gdyby tak było, po co musielibyśmy wymyślać Eden, żyć w tęsknocie za utraconym rajem, fabrykować utopie, planować sobie przyszłość? Gdyby robak mógł myśleć, też uważałby, że nie poszło mu najgorzej. Człowiek chwyta się nauki jak tak zwanego koła ratunkowego, chociaż właściwie nie wie i nigdy nie wiedział, co to jest. Za pomocą mowy rozum stwarza nam przyjemne otoczenie, jak w pięknej, rytmicznej kompozycji renesansowych obrazów, i ustawia nas w samym środku. Mimo całej ciekawości i niezaspokojenia wiedza, czyli rozum, na początku uspokaja nas. "Jesteś tutaj, w tym pokoju, otoczony przyjaciółmi w cieniu lampy. Nie bój się, wszystko jest w porządku. A teraz sprawdźmy: jakie jest pochodzenie tego świecącego fenomenu? Czy wiesz, co to jest wzbogacony uran? Podobają ci się izotopy? Wiedziałeś, że umiemy już zamieniać ołów w złoto?" Wszystko bardzo podniecające, bardzo zawrotne, o ile widziane z fotela, na którym wygodnie spoczywamy. - Ja leżę na ziemi - powiedział Ronald - i mówiąc prawdę, wcale mi nie jest wygodnie. Słuchaj, Horacio, negowanie tej rzeczywistości nie ma sensu. Istnieje, jesteśmy jej częścią. Noc upływa dla nas dwóch, na dworze pada dla nas obydwóch. Chociaż nie wiem, co to jest noc, pogoda, deszcze, ale są tutaj za oknem, dotyczą mnie, mnie się zdarzają... Nie ma rady. - Z pewnością - odparł Oliveira - kto by to bracie, negował. Ale nie rozumiemy, dlaczego tak musi być, dlaczego tu jesteśmy, dlaczego na dworze pada. Absurdem nie są rzeczy same w sobie, absurdem jest, że istnieją i że uważamy je za absurd. Mnie się wymyka relacja pomiędzy mną a tym, co mi się zdarza w danym momencie. Nie neguję, że mi się zdarza, jeszcze jak mi się zdarza... To właśnie jest absurd. - To nie jest jasne. - Nie może być jasne; gdyby było, byłoby fałszywe, może naukowo byłoby prawdziwe, ale fałszywe w odniesieniu do absolutu. Jasność jest postulatem intelektu i niczym więcej. Obyśmy mogli jasno wiedzieć, jasno rozumieć na marginesie nauki czy też rozumu. A kiedy mówię "obyśmy", wcale nie wiem, czy nie mówię bzduryy. Najprawdopodobniej jedynym kołem ratunkowym jest nauka, 235 uran, te rzeczy. Ale przecież poza tym trzeba żyć. (...) Zrozum Ronald - Oliveira ściskał go za kolano - To przecież wiadome, że jesteś czymś więcej niż samą inteligencją. Na przykład dzisiejsza noc, to, co nam się zdarza teraz, tutaj, to jest jak jeden z tych obrazów Rembrandta, na których zaledwie trochę światła lśni w jakimś kącie, i nie jest to wcale światło fizyczne, to, co spokojnie nazywasz i sytuujesz jako lampa wraz z jej watami, świecami, etc. Absurdem jest wierzyć, że jesteśmy w stanie ogarnąć całość tego, co nas stwarza w tym momencie, albo w jakimkolwiek innym momencie, i odczuć to jako coś sensownego, coś do przyjęcia, jeżeli wolisz. Każdy kryzys jest całkowitym absurdem, zrozum, że dialektyka może robić porządki w szafach tylko w chwilach spokoju. Przecież dobrze wiesz, że w punkcie szczytowym kryzysu działamy wyłącznie za pomocą impulsów, wbrew wszelkim przewidywaniom, robiąc najbardziej nieprawdopodobne szaleństwa. Właśnie w takiej chwili można by mówić o nasyceniu rzeczywistością, nie myślisz? Kiedy nadchodzi rzeczywistość i spada ci na głowę z całym impetem, okazuje się, że jedynym sposobem stawienia jej czoła jest całkowita rezygnacja z dialektyki, właśnie wtedy strzelamy do faceta, wyskakujemy za burtę, łykamy tubki gardenalu tak jak Guy, spuszczamy psa z łańcucha, walimy kamieniami we wszystko, co się nawinie. Rozum służy nam wyłącznie do tego, aby brać pod lupę rzeczywistość w chwilach spokoju i analizować przyszłe burze, ale nigdy do rozwiązywania aktualnyych kryzysów. A właśnie te kryzysy są jak metafizyczne wybuchy, stan, który - gdybyśmy nie kierowali się rozumem - byłby stałym i naturalnym stanem Pithecanthropus erectus. (...) I te kryzysy, które większość ludzi uważa za skandaliczne, absurdalne, moim zdaniem służą nam do czegoś innego; do ukazania nam prawdziwego absurdu spokojnego i uporządkowanego świata, którym na przykład jest pokój, gdzie parę osób pije o drugiej w nocy kawę, przy czym nic z tego nie ma żadnego innego sensu poza hedonistycznym, czyli poza faktem, że jest nam dobrze koło piecyka, który w dodatku tak znakomicie ciągnie. Cuda nigdy nie wydawały mi się absurdem; absurdalne jest to, co je poprzedza, i to, co następuje po nich. - A jednak - przeciągnął się Gregorovius - il fault tenter de vivre. (...) - (...) Ale tyle jest innych absurdów, Horacio, tyle śmierci, tyle błędów... Myślę, że to nie jest kwestia ilości. Nie taki zupełny absurd, jak ty sobie wyobrażasz. - Absurdem jest, że to się nie wydaje absurdalne - enigmatycznie odezwał się Oliveira. - Absurdem jest, że kiedy wychodzisz rano i za drzwiami znajdujesz butelkę mleka, uyważasz to za naturalne, bo to samo zdarzyło ci się wczoraj i zdarzy jutro. Ta stagnacja, to "niech tam", ten podejrzany brak wyjątków. Bo ja zresztą wiem... może powinno się spróbować jakiejś innej drogi. - Rezygując z inteligencji? - zaniepokoił się Gregorovius. - Nie wiem. Może inaczej jej używając. Czy to dowiedzione, że zasady logiki są nierozłącznie związane z naszą inteligencją? Przecież istnieją narody żyjące w magicznym porządku rzeczy... Pewnie, że jadają surowe robaki, ale to znowu jest kwestią wartościowania. (...) - W sumie - powiedział Ronald - wiesz, co cię męczy? Praworządność i jej formy. Jak tylko coś zaczyna prawidłowo funkcjonować, czujesz się osaczony. Wszyscy jesteśmy trochę tacy, nieudaczniki bez fachu, bez tytułów, bez tego wszystkiego. Dlatego siedzimy, bracie, w Paryżu i twój znamienity absurd w rezultacie obraca się w coś w rodzaju mętnego anarchizmu, którego nie jesteś w stanie wcielić w życie. (...)"
wtorek, 10 stycznia 2012
Irracjonalizm
Dopadają mnie nastroje schizofreniczne. Z jednej strony - ambitny plan na 2012 i naprawdę zachęcający początek; odnajdywanie tych malutkich radości każdego dnia, które, normalnie zjadane przez szarą rzeczywistość, tym razem potrafią ułożyć pod siebie tydzień. Szczera, lekko irracjonalna wiara w lepsze jutro; zaglądanie w czas buńczucznie nazwany Przyszłością i próba odnalezienia wreszcie siebie i świata - na nowo. Z rozsądnym zużyciem czasu i właściwym bilansem cieplnym relacji międzyludzkich. Myślenie o tym, co powinno być już wkrótce, zamiast tylko o tym, co trzeba zrobić dziś. I jakoś tak... jest dobrze. Lepiej. Jednocześnie potykam się o totalny chaos w głowie, w życiu, w autodysputach pod prysznicem. Dlaczego w ogóle ludzie mnie lubią? Przecież to w ogóle nie ma sensu. Jestem cholernym introwertykiem bez żadnych uroków czy specjalnych talentów, poza szczerością do bólu. Introwertykiem, który w dodatku w większości przypadków ma bardzo niewiele wartościowego do powiedzenia światu. Nie jestem nawet w najmniejszym stopniu jak ci wszyscy ludzie, których czytam, słucham, widzę. Niezwykłości. Jako, że podobno jestem przyszłym inżynierem, jedyny logiczny wniosek, jaki można z tego chaosu w głowie wyciągnąć - tak naprawdę ludzie mnie nie lubią. I to z kolei ma sens. Chyba sama bym siebie nie lubiła, gdybym nie była mną - bo podobno człowiek widzi się w lustrze sześć razy piękniejszym niż w rzeczywistości. O co mi chodzi?, wyrzucam sama sobie, słysząc te bzdury, a jednocześnie pytam, o co chodzi wam wszystkim? Czasem mam wrażenie, jakbym żyła w gigantycznym teatrze, gdzie każdy odgrywa swoją rolę, jakby to wszystko, co jest obok mnie, było obłudą, iluzją, stworzoną na potrzeby własnego mózgu, który tak naprawdę jest sam; który zawsze będzie sam, bo tak mówi logika. Wszędzie doszukuję się podtekstów, ukrytych sensów i motywów tej gry, której urojone kontury wciąż widzę dookoła, i choć w większości przypadków ich nie znajduję, potrafi mnie dręczyć jeszcze bardziej; choć przecież nie powinno. Kłóci się z rozumem, który w tym wszystkim nie potrafi zrozumieć układów elektronicznych, i dla którego odliczam lata do przekroczenia magicznej granicy szaleństwa. Nie potrafię się określić. W jednej sekundzie myślę i czuję jedno, tylko po to, by w kolejnej przekonać samą siebie o totalnej bzdurności powyższych, a w jeszcze następnej zniszczyć nadzieję na 200% normy w tym roku jednym głupim przeczuciem. Jestem niemalże jakby równocześnie. Równocześnie tak samo głupia. Gaduła mi powiedział, że jestem logiczną osobą. Down-to-earth. A mnie się wydaje, że jestem największym zaprzeczeniem praw logiki, nie dającym się zamknąć w zera i jedynki, na przekór sobie, na przekór całemu światu.
Nie wiem, co mam myśleć. Moim hasłem nowego roku stało się "nie obczajam". Siebie. Świata. Po prostu egzystuję, bardzo starając się wpasować w ramy, jakie fizyka narzuca światu, ale ciągle mam wrażenie, jakbym oscylowała gdzieś w zakresie prędkości bliskich światłu, wypaczając cały obraz wektorów dookoła mnie; wektorów, których szczerze nie rozumiem. I choć z jednej strony bardzo chcę zobaczyć, co będzie dalej, gdzieś głęboko w moim nielogicznym świecie odzywają się echa, że tak naprawdę nic się nie zmieni, a oczekiwania są jedną wielką obłudą. Irracjonalizm. Życie. I co będzie dalej? To wszystko niesamowicie mnie przerasta, i bardzo boję się, że jak tak dalej pójdzie, to skończę bardzo daleko od was, od świata; od czegokolwiek, poza kojącą bielą śniegu, i ciszy, i muzyki.
niedziela, 01 stycznia 2012
na różne sposoby przemawiał do ludzi
Choć wydaje się, że to tylko fale mechaniczne i abstrakcyjny sens, odbijający się od ścian twarzoczaski, nieprawda. To coś więcej. Nie mam pojęcia, jakim cudownym zrządzeniem losu Bóg stworzył muzykę, ale prawda jest taka, że gdyby jej zabrakło, moje życie byłoby zbyt puste. Gigantyczny obraz bez tematu, który już od rana maluję w głowie, zupełnie nieświadomie i jakby bezwarunkowo, pod wpływem zaledwie i aż Uniesienia ponad miarę, przerósł już wszystkie moje oczekiwania na pierwszy dzień tego straceńczego roku. Mój mózg wiruje gdzieś między galaktykami, i nic nie wskazuje, żeby miał szybko wrócić. Dźwięki. Pozorna błahość. Radość dnia w otuleniu muzyką - ciepłą, miękką, niewyobrażalnie przyjemną - i niczym więcej, oprócz parującego kubka herbaty. Radość, jakiej naprawdę dawno nie widziałam. Niemalże wrzejąca w żyłach euforia, przepychaną przez serce aż do najmniejszego palca u stopy, tak wielka, że jej w sobie nie mieszczę, nieudolnie próbując przetrasformować fale w zupełnie inny, krzaczkowo-internetowy rodzaj abstrakcji, tu, gdzie kończę się i zaczynam. Uniesienie wszechogarniające, upojenie geniuszem. I na przekór wszystkiemu, abstrakcyjnie, zaczynam wierzyć. Może jednak w tym roku będzie inaczej. Może jakimś cudem się uda. Sama nie wiem skąd; czy to odświeżona długość dźwięku samotności z radiowymi dźwiękami, czy proste wspomnienie wczorajszego roku i lampionów, unosząch się w rozświetlone niebo jak upadłe symbole szczęścia? Pozbieramy się z tego wszystkiego. W ostatecznym rozrachunku wyjdziemy obronną ręką. Wszyscy. W końcu miłość to też abstrakcja. ![]() Ta piosenka również mnie dzisiaj dziwnie wzruszyła. ------------------------------------------------- Jeśli tylko przegapiliście - odnajdźcie tę muzykę. Upijcie się nią. Warto. (Trójkowy Top Wszechczasów 2011)
czwartek, 15 grudnia 2011
Kosmos
Gdzieś w bardzo odległym wszechświecie, pośród białych karłów, odnalazłam moją orbitę. Oddzieloną chorą asymptotą od wirującego po drugiej stronie wszechświata, który wydaje się trzymać całkiem nieźle. Wychodzimy z entuzjazmu, nieudolnej jak zwykle próby ubierania się ładnie i malowania rzęs od wielkiego dzwona. I jest wiosna. A ja nawet czuję radość. Ale chwilę później wpadam w niekończący się kanion porównywania się z całą resztą świata i zaczynam mieć wrażenie, że to wszystko jest nie tak; wrażenie, które tylko pogłębia się z każdą minutą zbliżania się do sedna - przecież to nigdy nie może się udać, nie ze mną, nie w tym z równoległych wszechświatów. Automatycznie niemal wykluczam jakąkolwiek możliwość z mojego Realis; i już sama nie wiem, czy to moja wina, czy przeciwnie, całej reszty. I w sumie, w tym miejscu orbity nie ma to już znaczenia. Już tylko chcę wyjść, zejść z tych wszystkich oczu, zdjąć z siebie tą cholerną presję bycia ładną, miłą i inteligentną. Nieważne, jak bardzo się staram, nigdy nie jest tak, jak to się oczekuje; jestem tylko tak jakby; tak jakby z wami i tak jakby szczęśliwa. Tak jakby tylko człowiekiem od aparatu. Oddycham z ulgą, kiedy wyczołguję się spod wszystkich kryteriów oceny i mogę znów zamknąć się w małej niebieskiej otoczce mojej muzyki, która jest Idealna zamiast mnie. Kiedy tylko nikt nie patrzy. I tak, jest mi smutno i samotnie na tej mojej orbicie, bez satelit czy choćby gwiazd, oświecających mi drogę kolejnym echem światła, którego nie potrafię odbić sama. Ale zaciskam zęby, i już wcale prawie nie płaczę. Przecież ja nie pasuję do innego algorytmu zdarzeń. Choćbym nie wiem jak próbowała, zawsze jest mnie nie tak jak trzeba. Chciałabym być urocza w swoich małych niedoskonałościach; znaleźć w nich mały pierwiastek do kochania; przeze mnie, przez kogokolwiek. Chciałabym być mniej bezkształtna i niezdarna, a wciąż jestem tylko szaro-zwyczajnie, brudno-pospolito niepiękna. Ba. Wczoraj sobie uświadomiłam, że pomimo, że jak cię widzę, to cię lubię, i nie mam żadnej urazy (bo i za co?), to trochę jednak mnie zniszczyłeś. Tym dziwacznym obudzeniem nadziei, przed którym (słusznie) się broniłam, i nagłym przejechaniem po niej buldożerem; że jednak się pomyliłeś, jednak nie zasługuję na uwagę. W domyśle - jestem za głupia slash brzydka slash both. (tak, to jest moje miejsce na DRAMAT w tej historii. Dramat poniekąd prawdziwy, bo nie umiem w niego nie wierzyć. ) Pewnie nawet nie miałeś tego konkretnie na myśli. Pewnie nie chciałeś, żeby było przykro; przecież nikt nigdy nie chce. Przykro jest jakby mimochodem. Jak zwykle, za bycie, którego nie jesteś wcale winny, i bez którego byłoby smutniej. (Nie tylko za twoje bycie; praktycznie rzecz biorąc, za wiele być na raz.) Nie wiem, czy potrafię jeszcze kiedykolwiek poczuć się piękna przy tej ilości oczu dookoła. Mogę co najwyżej przestać o tym myśleć, na te krótkie godziny, spędzone niby w tłumie, ale zajęte absolutnie przez ukemi, tenkany i koshi; a przez to skategoryzowane jako 'co innego'; bezpiecznie oddalone od strefy życia normalnego, którego chyba wszyscy oprócz mnie zasmakowali, damn it. Tak jakby jedyne bezpieczne miejsce było tam, gdzie patrzy na mnie co najwyżej jedna para. Ta w lustrze. Może nigdy nie uda mi istnieć bez wysiłku; może jestem stworzeniem chronicznie dysfunkcyjnym. Skóra człowieka szczęśliwego, którym powinnam być, jest jakby przyciasna; w paru miejscach się pruje, a w dodatku jest z przeceny, nie tak cudowna jak wasze, na które patrze z cieniem bezsensownej zazdrości - bo przecież i tak nigdy nie wyglądałabym w nich pięknie. Może po prostu dziś, i wczoraj, i jutro, gorzej mi się jest. Bezpowodowo smutniej. A może tak właśnie ma być. |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||